Co to się działo! Co się działo!
Na czas jakiś zarzuciłam blogowanie chyba dlatego, że w ciąży kobita trochę zamyka się na świat i skupia bardziej na, że się tak wyrażę, życiu wewnętrznym. Moje "życie wewnętrzne" postanowiło ujrzeć świat 14 sierpnia 2015 r. i nosi imię Albert. Nie wiem czy w związku z tym powinnam zmienić nazwę bloga... jeszcze się nad tym zastanowię.
Teraz bujam małego Albercika, ogarniam Franka, wracam do aktywności po ciąży i porodzie, zaczynam się rozglądać za pracą i uprawiam ogólnie pojęty agrofitness. Na początku po porodzie ograniczałam się do podlania kilku kwiatków i krzaczków w doniczkach, a dzisiaj już pokusiłam się o wykoszenie całkiem sporego kawałka trawnika. Z kondycją u mnie słabo, oj słabo! Zasapałam się porządnie! Poza tym uprawiamy razem z chłopakami polnywalking w drodze na plac zabaw. Więcej o naszych wiejskich aktywnościach następnym razem, bo Albercik już stracił cierpliwość i musimy się potulić.
Przesyłamy całusy i do sklikania!
________________________
* Określenie wymyślone przez moją Matkę Agatkę
Francik na dziś
czwartek, 24 września 2015
Agrofitness*
piątek, 27 marca 2015
Przeprowadzka na wieś
Jak to będzie? Dowiemy się za kilka dni. Na razie pudła, kartony, paczki i jeszcze trochę pudeł. Żegnamy wielkie miasto, szykujemy się na powitanie wioski. Więcej zieleni i na pewno trochę taniej. Pierwszy transport zapakowany czeka na weekendowy przejazd. Nie mam siły pisać, a tak naprawdę prawie cały ciężar przeprowadzki spada na Marka.
Czeka nas prawdziwa rewolucja!
piątek, 27 lutego 2015
Czy to wiosna?
Zimowe katary za nami i trzeba zacząć szykować się na wiosnę! Przebiśniegi znalezione, ciepła czapka schowana, rękawiczki zgubione... Franuś chodzi na spacer chętnie, ale szybko się męczy bo kiepsko u nas z kondycją. Będzie okazja nad tym popracować. Robi się cieplej i będziemy częściej wybierać się na piesze wędrówki.
W żłobku dziecko nawiązuje pierwsze znajomości. Przede wszystkim bawi się z Pawełkiem, z którym w zestawie tworzą wulkan energii. Zawsze znajdą jakąś szaloną zabawę, która przyprawia panie opiekunki o ból głowy. Za to mama odbiera dziecko zmęczone i spokojne.
Świetnie też Franek dogaduje się z kuzynem, Bartkiem. Na zdjęciu podczas wspólnych harców w Biskupicach.
poniedziałek, 2 lutego 2015
Uczę się w żłobku
Żłobek jest teraz bardzo ważnym aspektem życia naszego małego człowieka. Codzienne wyjście rano już nie podlega wątpliwości, a weekendy są witane z dużą dawką zaskoczenia - Jak to nie idziemy? Mamo, zakładamy buty i idziemy!
To nic, że w piżamie, to nic, że buty, to te z najwyższym obcasem - trzeba iść! No dobra, czasem zakładamy te z obcasem, ale tylko jeżeli zależy nam na tym, żeby odpowiednio mocno i głośno tupać po domu (za co sąsiad z dołu jest oczywiście bardzo wdzięczny...), więc w sobotę wybór pada na kalosze, które łatwo wsunąć na stópki, albo na te drugie, cieplejsze butki też z wysoką cholewką. Ważny jest też polar. Polar trzeba zanieść mamie żeby pomogła ubrać, za to z czapką to już nikt nie musi pomagać.
Dni powszednie od rana wypełnia przygotowanie do wyjścia do "cioć". Później jazda autem albo tramwajem, kilka kroczków - dzisiaj, absolutnie z własnej woli, pokonanych biegiem - i jesteśmy na miejscu. Uścisk z mamą, albo szybkie pa i zaczyna się zabawa, a mama trochę w szoku wraca sama do domu. Jak to sama? Dziwnie mi tak samej. Na początku zupełnie nie mogłam się przyzwyczaić. W domu coś się głośniej stuknie i odruchowo nasłuchuję czy nie obudziłam tym Franka - nie ma go w zasięgu wzroku, a przynajmniej słuchu, to znaczy że śpi - po chwili dociera do mnie, że wcale go nie ma w domu. Ale dziwnie.
Tymczasem w żłobku ciocie uczą śpiewać i tańczyć. Uczą się dzielić i przepraszać. "Sprzedają" dziecku też mnóstwo głupot, no bo przecież przede wszystkim ważna jest dobra zabawa. Franuś wraca stamtąd rozgadany, otwarty, rozemocjonowany i zmęczony. Wyszaleje się co nie miara, więc w domu nie ma już chęci wspinać się na meble ani piszczeć.
W domu też trochę sukcesów. Udało się wysprzątać kurz po remoncie i trwa doprowadzanie mieszkania do normy po tygodniach zaniedbań związanych z zakończeniem studiów 1 stopnia - zakończonych sukcesem :) Zniknęło kilka kupek - nie, tego już nie można nazwać "kupką", "stos" to też za mało, "hałda" oddaje stan rzeczy - zniwelowałam kilka hałd papierów z czego większość trafiła do odpowiedniego kontenera. Po rozpracowaniu kolejnej "hałdy" Marek popatrzył, chyba pomyślał i powiedział, że nie widać dużej różnicy. Ale widać i bardzo mnie to cieszy.
Na zakończenie z serii Srebrnousty:
- Francik, jak robi kotek?
- a-a-a (a-a-a kotki dwa)
Do zobaczenia!
niedziela, 4 stycznia 2015
W oczekiwaniu na zagotowanie się wody na herbatę
Bo tyle właśnie mam czasu. Ostatnio każdą chwilę, kiedy mogę siąść przy komputerze wykorzystuję na pracę nad projektem inżynierskim. Nie wiem, czy bardziej mnie ta praca cieszy, czy męczy, ale tak czy siak do 12 stycznia muszę ją skończyć i oddać. Właśnie dlatego Francik jeszcze przed Świętami spędził swoje pierwsze dni w żłobku. Kiedy spotkałam panie opiekunki wiedziałam, że wszystko będzie w porządku, a na 100% przekonał mnie o tym Fran, bo całym sobą pokazywał, że mu się podoba. Już drugiego dnia dziecku się zaświeciły oczy kiedy rozpoznał okolice żłobka, a piątego, kiedy nie wyszliśmy rano z domu, pół dnia zakładał buty, czapkę i pokazywał, że chce iść.
Nowe zęby co jakiś czas się pokazują. Ząbkowanie stało się bardziej długotrwałym procesem ślinienia się i gryzienia paluszków, bo ciągle coś się w tej buzi dzieje, na zmianę, raz tu, raz tam, więc już sama nie wiem co teraz w kolejce.
Trudno mi streścić co się działo.
To się działo dzisiaj rano. Franio wpakował się tacie do łóżka i zamiast kotłować się jak zwykle, położył się z główką na poduszce. No i oczywiście kiedy zaczęłam robić zdjęcia, zaczęło się pozowanie i szczerzenie niekompletnego uzębienia. Śliwa na czole? No trudno, musi być.
Przetrwaliśmy bardzo długi remont elewacji razem z wymianą okien i drzwi zewnętrznych. Jeszcze nie udało się wygonić kurzu budowlanego, ale czekamy jeszcze na nowe drzwi i koniec tuptania w butach po mieszkaniu! Na zdjęciu Francik bardzo pomaga panu od uszczelniania okien.
I pomaga Bartusiowi myć stół. Dzięki temu Franuś szybko nauczył się psykać spryskiwaczem i wszystkie musiały trafić na wyższe półki.
Przy odwiedzinach u Pradziadków ze Skoczowa znalazł komputer i jakby robił to od zawsze siadł sobie na krześle i zawzięcie cykał. Robił to z takim przekonaniem, że trudno było nie uwierzyć, że ma coś naprawdę ważnego do roboty. Bez wątpienia ma to po tacie ;)
I jeszcze jedna roześmiana maska. Jedno na milion, bo większość pozowanych zdjęć Franka wygląda tak:
No dobra, może pisałam trochę dłużej niż gotowała się woda, ale przecież to już było nieprzyzwoite tyle czasu nie pisać nic na blogu! Pozdrawiamy wszystkich bardzo serdecznie. Cieszymy się, że jesteście z nami i przesyłamy morzę całusów!
środa, 12 listopada 2014
piątek, 7 listopada 2014
Woda z kąpieli najsmaczniejsza
Oj dzieje się, dzieje! Trudno nadążyć. Franek bada świat w tempie trzech instytutów Nasa i najchętniej nie pozostawiłby nam wcale czasu na cokolwiek innego. Mimo to mój projekt inżynierski jest już całkiem-całkiem. Dużo pracy jeszcze przede mną. Narysować, poprawić błędy, narysować znowu, poprawić błędy i tak w koło Macieju, aż nie będzie błędów. Norma.
Norm za to nie ma z Francikiem, bo Mały psoci na zmianę i ślicznie się słucha. Ma dużo fajnych pomysłów, jak np. schodzenie z fotela przez podłokietnik. Wchodzi normalnie, ale zejść musi koniecznie inną drogą. Na początku się klinował, bo przędz ten otwór w podłokietniku głowa przechodzi tylko bokiem, a on jeszcze chciał rękę razem z głową zmieścić. Nie szło i nie był zadowolony, ale już wie. A fotel jeździ i się kręci, więc to wcale nie jest takie proste.
Woda z wanny mu smakuje. Nawet z płynem do kąpieli. Pamiętam, że dla mnie to też była atrakcja - napić się wody z mydłem, wiadomo jeszcze tak, żeby rodzice nie wiedzieli. "nie pij tej wody!" - Usłyszałam w swoim głosie głos swoich rodziców - i tak, w koło Macieju :)
Czasem odwiedza nas Bartuś. Jest przy tym dużo radosnej zabawy i przeważnie chwila spokoju, bo chłopaki się sobą zajmują. Biegają, krzyczą, biją się - taki to spokój ;) Ale jenak większość czasu ładnie się bawią. Czasami tylko Bartuś przychodzi i mówi: Jagoda, choć no. Staram się go przekonać, że jestem "ciocia" i czasem nawet pamięta. Kochany.
Na zdjęciu dzieci podczas radosnej twórczości i tata/wujek w pracy. Jak dzieciaki są razem, to mam przeważnie więcej roboty przy nich, ale paradoksalnie też więcej czasu na projektowanie, a wieczorem padam.
Przesyłam całusy i do sklikania!
Subskrybuj:
Posty (Atom)










