piątek, 27 lutego 2015

Czy to wiosna?

Zimowe katary za nami i trzeba zacząć szykować się na wiosnę! Przebiśniegi znalezione, ciepła czapka schowana, rękawiczki zgubione... Franuś chodzi na spacer chętnie, ale szybko się męczy bo kiepsko u nas z kondycją. Będzie okazja nad tym popracować. Robi się cieplej i będziemy częściej wybierać się na piesze wędrówki.

W żłobku dziecko nawiązuje pierwsze znajomości. Przede wszystkim bawi się z Pawełkiem, z którym w zestawie tworzą wulkan energii. Zawsze znajdą jakąś szaloną zabawę, która przyprawia panie opiekunki o ból głowy. Za to mama odbiera dziecko zmęczone i spokojne.
Świetnie też Franek dogaduje się z kuzynem, Bartkiem. Na zdjęciu podczas wspólnych harców w Biskupicach.

poniedziałek, 2 lutego 2015

Uczę się w żłobku

Żłobek jest teraz bardzo ważnym aspektem życia naszego małego człowieka. Codzienne wyjście rano już nie podlega wątpliwości, a weekendy są witane z dużą dawką zaskoczenia - Jak to nie idziemy? Mamo, zakładamy buty i idziemy! 
To nic, że w piżamie, to nic, że buty, to te z najwyższym obcasem - trzeba iść! No dobra, czasem zakładamy te z obcasem, ale tylko jeżeli zależy nam na tym, żeby odpowiednio mocno i głośno tupać po domu (za co sąsiad z dołu jest oczywiście bardzo wdzięczny...), więc w sobotę wybór pada na kalosze, które łatwo wsunąć na stópki, albo na te drugie, cieplejsze butki też z wysoką cholewką. Ważny jest też polar. Polar trzeba zanieść mamie żeby pomogła ubrać, za to z czapką to już nikt nie musi pomagać. 

Dni powszednie od rana wypełnia przygotowanie do wyjścia do "cioć". Później jazda autem albo tramwajem, kilka kroczków - dzisiaj, absolutnie z własnej woli, pokonanych biegiem - i jesteśmy na miejscu. Uścisk z mamą, albo szybkie pa i zaczyna się zabawa, a mama trochę w szoku wraca sama do domu. Jak to sama? Dziwnie mi tak samej. Na początku zupełnie nie mogłam się przyzwyczaić. W domu coś się głośniej stuknie i odruchowo nasłuchuję czy nie obudziłam tym Franka - nie ma go w zasięgu wzroku, a przynajmniej słuchu, to znaczy że śpi - po chwili dociera do mnie, że wcale go nie ma w domu. Ale dziwnie. 

Tymczasem w żłobku ciocie uczą śpiewać i tańczyć. Uczą się dzielić i przepraszać. "Sprzedają" dziecku też mnóstwo głupot, no bo przecież przede wszystkim ważna jest dobra zabawa. Franuś wraca stamtąd rozgadany, otwarty, rozemocjonowany i zmęczony. Wyszaleje się co nie miara, więc w domu nie ma już chęci wspinać się na meble ani piszczeć. 

W domu też trochę sukcesów. Udało się wysprzątać kurz po remoncie i trwa doprowadzanie mieszkania do normy po tygodniach zaniedbań związanych z zakończeniem studiów 1 stopnia - zakończonych sukcesem :) Zniknęło kilka kupek - nie, tego już nie można nazwać "kupką", "stos" to też za mało, "hałda" oddaje stan rzeczy - zniwelowałam kilka hałd papierów z czego większość trafiła do odpowiedniego kontenera. Po rozpracowaniu kolejnej "hałdy" Marek popatrzył, chyba pomyślał i powiedział, że nie widać dużej różnicy. Ale widać i bardzo mnie to cieszy. 

Na zakończenie z serii Srebrnousty: 
- Francik, jak robi kotek? 
- a-a-a (a-a-a kotki dwa) 

Do zobaczenia!